Notice: Undefined variable: wyswietl in /home/srv96109/domains/hotnews.pl/public_html/forum/naglowek.php on line 52

Notice: Undefined variable: edytor in /home/srv96109/domains/hotnews.pl/public_html/forum/naglowek.php on line 60

Dodawanie komentarza

Do tematu: Wrzód grożący pęknięciem

Notice: Undefined index: userinfo in /home/srv96109/domains/hotnews.pl/public_html/body_logowanie.php on line 2

Komentarze do artykuu: Powiedz NIE cenzurze w internecie!

POKA WSZYSTKIE WTKI

Wrzód grożący pęknięciem

~Jacek placek

2011-05-06 04:49:15

w razie nie rozliczenia go
   czyli
   Cicer cum caule, od studiów,
   do zawieruchy solisralnościowej
   fragmendami, wybranymi tendencyjnie
   
   Fragmendzik studencki
   
   Wykładał prawo karne dosyć jasno i przejrzyście Kierownik Katedry prof.dr Władysław Wolter. Chodziliśmy na jego wykłady i notowali na przemian z drugim leserem, którym już nie pamiętam, ponieważ w przeciwieństwie do wykładów, obowiązujący podręcznik Prawo karne
   tegoż samego Woltera był tak zawile napisany, takim pokrętnym stylem wyłożone te wszystkie usiłowania, nieudolne usiłowania, podżegania, współuczestnictwa, pomocnictwa, obrony konieczne, przekroczenia granic obron koniecznych, stany wyższej konieczności itd., a wszystko bazujące na prawniczej szkole niemieckiej, że nie szło tego przetrawić, ni zrozumieć. Natomiast wszystkie miłe leserki i leserzy, tak dla hecy, nauczyli się na pamięć, jednego ze zdań zawartych we wstępie, napisanym przez autora tego podręcznika. A zdanie to nawet po tylu latach potrafię z grubsza zacytować:
   
   ZARZUCAŁ MI KIEDYŚ WYBITNY POLSKI KARNISTA, A GŁÓWNY TWÓRCA USTAWY JULIUSZ MAKAREWICZ, JAKOBY DIALEKTYCZNĄ ŻONGLERKĘ. JEDNAKŻE LOGIKA PRAWNICZEGO MYŚLENIA JEST KANONEM, OD KTÓREGO ODSTĄPIĆ JEST NIEPODOBNA...
   
   Dla potrzeb tego fragmendu autobiografii przeinaczmy nieco powyższe zdanie:
   
   Zarzucał mi kiedyś wybitny mój druh, z jednej licealnej ławy, a gufny znawca i tfurca historii polskiego jazzu w odcinkach Andrzej W., o licealnej ksywce Fifek, jakoby dialektyczną konfabulację wspomnieniową. Jednakże logika autobiograficznego myślenia jest kanonem od którego odstąpić jest niepodobna....
   Dodatkowymi tej logiki zabezpieczeniami są słówka: być może, możliwe, prawdopodobnie, według krążących i niesprawdzonych pogłosek itp., poprzedzające opisywane zdarzenie czy podawany fakt, których prawdziwości zaistnienia nie jesteśmy pewni...
   
   Nasuwająca się z siłą wódospadu analogia.
   
   Nigdy dotąd w moim długim poczciwym żywocie, nie odezwały się instynkty mordercze oraz trudna do okiełznania żądza krwi...
   Poza jednym wydarzeniem, ale już przedawnionym, a nawet wówczas w sumie zabawnym, które jednak podam dla porządku rzeczy oraz rzetelności autobiograficznej autora...
   
   Stosowny fragmend
   
   Prawie Krewniaku Romciu,
   zanim dojdzie do naszego ewentualnego bezpośredniego spotkania w Krakowie warto, abyś się dowiedział z kim będziesz miał do czynienia ?
   Jesteśmy bowiem z dwóch różnych, nie tak może nawet odległych czasowo pokoleń generacyjnych, które jednak dzieli przepaść własnych doświadczeń życiowych, bowiem mieliśmy pecha żyć wg przekleństwa chińskiego w CIEKAWYCH CZASACH czyli w  drugiej połowie lat 70-tych do lat 90-tych i dalszych...
   Jesteście bliscy rocznikowo pokoleniu mojej Córy, z którą około 10 lat temu dyskusja polityczna omal nie skończyła się bijatyką, zażegnaną przez żonę i mamusię Marychę, która nas rozdzieliła skutecznie...
   Mam, też w pamięci jednokrotne spotkanie przed bodaj już około 15 laty z Beatą u Wieśka w Żywcu, na którym wyraziłem oględnie swój pogląd na temat solidarności podczas, gdy Beata była prawdopodobnie akurat na przeciwnym biegunie ?
   Dlatego podrzucam kilkunasto stronicowy fragment mojego rozliczenia solidarności w Firmie, w której obok pracy zawodowej parałem się społecznie działalnością, w nazywanych przez dzisiejszą prosragrandę REŻIMOWYCH ? związkach zawodowych
   Dodatkowo będzie co nieco o początkach mojej rymowanej pisaniny oraz nie do końca jasnej mojej genealogii ?
   Może coś z tego już kiedyś dostałeś ? Ale tu jest to w jednej PIGUŁCE @
   Poza tym Oboje Was tak czy siak ? pozdrawiam
   stryjek Jacek
   Ewentualne błędy literowe nie zaszkodzą treści, której nie musisz podzielać !
   
   Inny już fragmend
   
   Aktualnie opanowało mnie po raz drugi autentyczne pragnienie MORDERSTWA i opanowała mnie ŻĄDZA KRWI, z siłą wspomnianego już wódospadu, w związku z trójkątem curwiozalnych nierobuf Uf ! i darmozjaduf Uf ! srakowskich gołębi, które uparły się z siłą nieróbskiej konieczności, rozmnożyć się na naszym balkonie i dokładnie go nam konsekwencji zasrać gufnami, w których kryją się zarazki kilkudziesięciu od ptasich chorób... Są do tego stopnia uparte, że muszę je co najmniej pięć razy w ciągu dnia przeganiać, uderzając ze wszystkich swych wątłych już sił trzepaczką w blaszany parapet okna, wobec nie trafienia niestety w nie...
   Nie darmo przed wielu laty fraszkopisarz Jan Izydor Sztaudynger w cieniutkim zbiorku pt. KRAKOWSKIE PIÓRKA podsumował zwięźle, ale osratecznie przydatność dla Srakowa, tego nieróbskiego, pasożytniczego ptactwa robactwa, przenoszącego w dodatku za pośrednictwem swych gówien groźne dla człowieka choroby
   
   POŻYTEK
   Gołębiami brukowany Kraków,
   gówno ma z tych ptaków...
   
   Nic ująć, ale można wiele dodać
   Tutaj nasuwa się po taz już któryś, a zapewne nie osratni w historii pełna analogia do tak zwanego HISTORYCZNEGO BEZKRWAWEGO PRZEWROTU SOLISRALNOŚCIOWEGO RUCHU SPOŁECZNEGO ?
   
   Jaki on tam był społeczny ?
   Powiedzmy, za całą odpowiedzialnością, że SROŁECZNY !
   Jak wspomniane gołębie, z poduszczenia kilkuset rozwrzeszczanych, histerycznych i najgłośniejszych, od pozostałych peereelowskich nierobów:
    CZY SIE STOI, CZY SIĘ LEŻY TRZY TYSIĄCE SIĘ NALEŻY !
   Sami o sobie takie hasełko ukuli oraz głosili. A tych formalnie zapisanych do solisralności wg różnych danych, w szczytowym okresie, szacowano na 10 do 12 milionuf Uf ! Członkuf Uf ! tej gołębiej organisracji, która na apel Lolka z Wadowic zadeklamowany kabotyńsko w Srakowie na Błoniach, osławionym pół zdankiem z Bublii, dobrej na każdą okazję:
   NIECH ZSTĄPI DUCH ŚWIĘTY I ODNOWI OBLICZE ZIEMI ?
   Tu przerwał, lecz róg pod sukienką św. Hipokryzji trzymał, wszystkim się zdawało, że Wojski wciąż gra jeszcze, a to obłudny Lolek, co zakałą był swojskim.
   No i... dalsza srawa się już sama gnoi. Na wspomniany apel rzekomego ducha świętego, a nie Lolka CHYTREGO ! oraz na dobra martwej ręki i... nie tylko na te dobra PAZERNEGO !!
   W niedalekiej już przyszłości przez rok wybuchającymi w różnych zakładach pracy na obszarze budowanej utopijnej wizjonersko DRUGIEJ POLSKI srajkami wyłącznie płacowymi, gaszonymi kolejnymi wymuszonyni podwyżkami owych płac przez solisralne gołąbki, które tym cuchnącym lenistwem sposobem, zasrały całą gospodarkę, by osratecznie mieć do gąbki, a mówiąc szczerze GĘBY, PYSKA, MORDY, ocet oraz musztardę,... na półkach sklepowych.
   A wszystko to się działo, przy aktywnej pomocy klechów wszystkich szczebli oraz tytułuf Fuj !
   I także, przy podziemnej pomocy srapisralistycznego Zachodu, węszącego łapczywie za nowymi rynkami zbytu na swoje nadwyżki szajsu towarowego, szczególnie atrakcyjnego, w porównaniu do wspomnianych: OCTU z MUSZTARDĄ do kupy oraz DUPY...
   Podsumowując można stwierdzić, że mechanizm tego całego HISTERYCZNEGO KRWISTEGO PRZEKRĘTU był prosty, kak kij do miotły czarownicy, z genialnej powieści Bułhakowa MISTRZ i MAŁGORZATA, znów oczywiście przez analogię, bowiem sama powieść osadzona była w nieco innych czasach oraz w o wiele większym Państwie...
   
   Rozliczeniowy tasiemcowy fragmend, sprzed wybuchu zawieruchy
   
   No i wreszcie dochodzimy do zamierzonej w tym odcinku wspomnień w miarę wyczerpującej odpowiedzi na istotne pytanie: Jak też żyło się załodze C*** w okresie rządów Edwarda Gierka?
   Przechodząc do zapowiadanego kilkakrotnie dopasowania C*** do epoki Edwarda Gierka wypada zacząć od zaspokajania potrzeb mieszkaniowych pracowników tego Przedsiębiorstwa.
   Tę formę zaspokajania za pomocą mieszkań spółdzielczych przyznawanych pracownikom uznanym za niezbędnych przez C*** i otrzymywanych poza spółdzielczą kolejnością już omówiłem w którymś Epigramiście, jak też wspomniałem o niektórych konkretnych przypadkach pracowników, którzy z tej formy skorzystali. Tu wypada jedynie wspomnieć, że na przestrzeni co najmniej dziesięciu lat C***, uznawane wciąż za przedsiębiorstwo rozwojowe, rozdzieliło między pracowników około 120 mieszkań. Taka liczba chodzi mi po głowie. I chyba się tu nie mylę. To niezła proporcja, jeśli się weźmie pod uwagę, że w czasie maksymalnego zatrudnienia w C*** pracowało około 650 osób., a z czasem liczba ta ulegała sporemu zmniejszeniu, o czym też już była mowa w Epigramiście. Na przykład ja dostałem mieszkanie za rządów dyrektora Leona K..
   Następną sprawą były płace. Na ogół znaczna część pracowników, w tym cała kadra kierownicza, w poszczególnych latach przekraczała średnią płacę krajową. W dodatku dyrektorzy Leon K., a następnie Kazimierz S. tak kombinowali, że C*** raz znajdowało się w kategorii jednostek zaplecza naukowo-badawczego, a raz w kategorii zakładów przemysłu lekkiego, w zależności od tego, gdzie nowa siatka płac była dla pracowników korzystniejsza. Poza tym obowiązywała nie wiem już gdzie wpisana zasada, że pracownik ma otrzymywać podwyżkę płacy raz na dwa lata. I w trakcie rozdziału tych podwyżek było trochę chaosu i różnych pretensji, ale poza tym na co dzień panowała względna zgoda.
   Nikt się nie przepracowywał. Pracownicy badawczy sami sobie bowiem planowali ilości godzin potrzebnych na realizację tematu, przy czym w sposób niekontrolowany można było te godziny powiększyć, rozdymając do granic nieprzyzwoitości godziny przeznaczone na tzw. studia literaturowe. Z kolei pracownicy zakładu produkcji doświadczalnej mieli do wykonania połowę normy, jaka obowiązywała w zakładach przemysłu obuwniczego. U nas było 600 par na zmianę, a kozaków damskich 400, gdy tam norma wynosiła 1.200 par. Tak więc palarnia papierosów była cały dzień pełna montażystów obuwia, którzy po wykurzeniu peta doganiali wózek na transporterze przyklejali nie przestrzegając reżimu technologicznego spody butaprenem lub butatermem i w konsekwencji C*** płaciło klientkom potężne kwoty tytułem zwrotu z powodu odklejania się spodów. Notabene od członków zakładowej komisji d.s. reklamacji klientowskich wiem, że istniała grupka tak cwanych babusów, które potrafiły tak sprytnie uszkodzić buta, iż w efekcie otrzymywały stuprocentowy zwrot kosztu zakupu i można rzec o nich rzec, że jeden raz w życiu tak naprawdę kupiły buty. Wracając zaś do pracowników produkcji, to niczego się nie dało zmienić. Ani uruchomić drugiej zmiany, ani produkować równocześnie dwóch wzorów obuwia na jednej zmianie. Za to istniał pewien konflikt między pracownikami produkcji, a pracownikami tzw. badaczami. Ci pierwsi stale uważali, że to oni utrzymują badaczy, co jednak nie było prawdą. Prace badawcze albo kupowało Zjednoczenie Przemysłu Skórzanego, po wspomnianej już tzw. kolaudacji, albo płaciły zakłady przemysłu obuwniczego, za zlecony przez nie temat.
   Przy czym zakłady te płaciły chętnie, bo ze środków funduszu postępu technicznego, przyznawanego, co roku przez Zjednoczenie i kontrolującego wydatkowanie tego funduszu od strony finansowej, po czym zakłady mogły sobie spokojnie tematu nie wdrażać, co niekiedy miało miejsce.
   Wreszcie C*** zarabiało też nie źle na sprzedaży zakładom obuwniczym wzorów modnego obuwia z kolekcji tzw. kierunkowej.
   Jeśli idzie o pracę, to warto wiedzieć, że w C*** pracownicy bardzo ją w cudzysłowie szanowali. Mówiło się nawet, iż pracownicy są w zatrudnieniu, co według przepisów obowiązującego kodeksu pracy znaczyło, że przychodząc do C*** są gotowi: świadczyć pracę, ale skłonni są faktycznie pracować dopiero za premie dodatkowe. Spory kompetencyjne były jedynie negatywne. To oznaczało, iż jeśli zlecono jakieś nowe zadanie do wykonania, to każdy z działów Celapo twierdził, że to zadanie nie leży w zakresie jego działalności.
   Pracownicy załatwiali wszystkie swoje prywatne sprawy w godzinach zatrudnienia albo podczas wyjść służbowych, albo telefonicznie, a C*** płaciło za te rozmowy. Była w C*** niejaka Maria K., która potrafiła telefonicznie nadzorować zięcia przez pół godziny, jak gotował zupkę dla jej wnuczki czy wnuczka. Potem nawet ukuliśmy z Leszkiem o niej taki dowcip.
   Oto, w rozmowie telefonicznej z zięciem K. mówi tylko dwa słowa, powtarzając je przez kilkanaście minut. Te słowa, to: dobra, zła i na abarot dobra, zła.
   I zadawaliśmy pytanie:
   O czym K. rozmawia z zięciem?
   Po czym wyjaśnialiśmy:
   Ona pomaga zięciowi przebierać maliny.
   
   Jeśli jednak chodzi o terminowość wypłat, to tu pracownicy byli bezwzględni. Jeden jedyny raz, w związku z jakimś przypadającym świętem, sekcja zatrudnienia i płac spóźniła się o dwa dni z przygotowaniem wypłaty. Wtedy, któraś z donosicieli laboratoryjnych doniosła o tym do Komitetu Dzielnicowego PZPR i dyrektor chyba zmarły już Leon K. musiał się gęsto tłumaczyć. Pewnie mi nie uwierzycie, ale gdy mnie przyznawano podwyżkę płacy bywało, że miałem ciche skrupuły, iż ona mi się nie należy.
   W nagrodę za tę problematyczną pracę pracownikom C*** przedstawiało bogatą ofertę świadczeń socjalnych. C*** nie miało własnego domu wypoczynkowego, choć przez pewien moment, staraniem kierownika działu inwestycji nieżyjącego już Waldemara W. o tym oryginale też może kiedy zdążę jeszcze powspominać, podjęta została próba wydębienia od Zjednoczenia środków finansowych na budowę takiego domu. Pamiętam, że nawet z Waldemarem pojechałem kiedyś służbowym samochodem do wioski o nazwie bodaj: Brzegi, gdzieś na Pod tatrzu, aby zorientować się w możliwości zakupu odpowiedniej działki budowlanej od jakiegoś znajomego Waldemarowi Górala. Powrotu już nie pamiętam, ponieważ u Górala popiliśmy tęgo. Szczęściem kierowca pozostał trzeźwy i dowiózł nas do domów.
   Wobec braku własnego ośrodka wczasowego kierowniczka sekcji socjalnej Ola S., bardzo dbała o wykupywanie miejsc w domach wczasowych w zaprzyjaźnionych przedsiębiorstwach lub kwater prywatnych z zabezpieczeniem całodziennego wyżywienia. Pracownicy więc wypoczywali z rodzinami w : Zakopanem, Barcicach, Muszynie, Sopocie, Mielnie czy Jastarni.
   Pamiętam, że w zakupie kwater z wyżywieniem w tych dwóch ostatnich miejscowościach uczestniczyłem bezpośrednio, nakłoniony przez Olę do wspólnego z nią wyjazdu.
   Ale o tym będzie już w następnym odcinku.
   Cdn.
   Ola wciągała mnie za uszy do angażowania się w sprawy akcji socjalnej. Zorganizowała ten wyjazd dzięki uprzejmości prezesa ówczesnej Spółdzielni Pracy Metaloplast, która wykonywała dla C*** metalowe klamry i inne tzw. metalowe zdobiny do obuwia, służbowym samochodem osobowym owej Spółdzielni, prowadzonym przez jej kierowcę, którym okazał się być znajomy chłopak z Węgrzc, a który prezesa Spółdzielni, Olę i mnie obwiózł prawie po całej Polsce, poczynając od Katowic, przez Wrocław, Zieloną Górę, Szczecin, Mielno, Jastarnię, Gdańsk, Bydgoszcz, Toruń, Włocławek, Kolbuszową i z powrotem do Krakowa. W trakcie tego objazdu nocowaliśmy dwukrotnie: raz w Szczecinie, drugi raz w Toruniu. W Szczecinie skontaktowaliśmy się z facetem, który miał nowo wybudowany sporą willę w Mielnie i załatwiliśmy u niego wynajem kwater z wyżywieniem w owym Mielnie, rzecz jasna po obejrzeniu tych kwater na miejscu. Jeszcze przypomniałem sobie, że opuszczając Szczecin omal nie staliśmy się ofiarami kraksy samochodowej, której uniknęliśmy tylko dzięki przytomności umysłu i refleksowi wspomnianego chłopaka z Węgrzc. Z Mielna pruliśmy całym Wybrzeżem aż na Półwysep Helski do Jastarni. Pamiętam, że chcieliśmy jeszcze zobaczyć samą miejscowość Hel, ale był to teren wojskowy i wartownicy nie przepuścili nas wobec braku przepustek. W Jastarni próbowaliśmy wykupić miejsca w nowoczesnym i okazałym ośrodku wczasowym którejś z kopalń węgla, ale nas spławiono i udało się nam tylko załatwić tam całodzienne wyżywienie, zaś kwatery załatwiliśmy ostatecznie w jednym z domków rybackich. Wracaliśmy przez wymienione już miasta, zaś odbiliśmy aż do Kolbuszowej na moje życzenie. Wiedziałem mianowicie, że mój dziadek Józef Augustynowicz wywodził się właśnie z Kolbuszowej. I jeszcze miałem informację od Twojego, Wieśku, taty, że stamtąd też wywodzi się pani Janina Agustynowicz, która napisała książkę, stanowiącą wspomnienia z koncentracyjnego obozu kobiecego w Ravensbruck, gdzie przebywała i bodaj, gdzie urodziła synka, a która to książka nosi tytuł: Jacek w Ravensbruck. Tak to dzięki uprzejmości prezesa Metaloplastu, który rzecz jasna zadbał też o wczasy dla swoich pracowników do spółki z nami oraz za pieniądze C*** zwiedziłem, choć przelotem kawał Polski i zahaczyłem nawet o sprawy rodzinne.
   Kiedy indziej pojechałem z Olą do Słupska, na doroczny zjazd podsumowujący w tamtejszych Zakładach Obuwniczych, letnią akcję wypoczynku wakacyjnego całego przemysłu skórzanego z udziałem właściwego zastępcy dyrektora Zjednoczenia o nazwisku bodaj: D.. Zjazd,po części oficjalnej skończył się całonocną balangą, podczas której zakochałem się ? w kierowniczce działu socjalnego Słupskich Zakładów Obuwniczych, oczywiście blondynce w podchodzącym wieku, ale tylko na tę jedną noc i miłością, która ograniczyła się tylko do tego, że ranem ta pani, której imienia nie pomnę, o świcie d a ł a... mi się odprowadzić do domu..Wczesnym przedpołudniem, maksymalnie skacowany udałem się już samotnie do Krakowa pociągami. Miałem parogodzinną przerwę w podróży w Gdyni, którą spędziłem w jakiejś kawiarni, lecząc kaca, by wreszcie wieczorem fundnąć sobie kuszetkę i przespać z jakąś damą, która leżała na dolnym łóżku, calutką noc, aż do samego Krakowa.
   Jeszcze innym razem na zimowisko dla dzieci naszych pracowników, bo i zimowiska organizowaliśmy niekiedy, które zlokalizowane było w jakimś nowo wybudowanym domu w Soli w okolicach Żywca, zgłoszone zostały przez rodziców skargi. Wtedy to udaliśmy się w ramach interwencyjnej kontroli z Olą i Ireną A., która w tym czasie była bodaj sekretarzem rady zakładowej, do owej Soli. Do towarzystwa wzięliśmy jedną z matek, która miała największe pretensje: kasjerkę C*** niejaką Małgosię, której nazwiska już nie pomnę. Była to bardzo skuteczna praktyka. Opiekunką dzieci na tym zimowisku była też pracownica C*** Marysia W., która w ten sposób dodatkowo chciała sobie zarobić, biorąc równocześnie na ten okres urlop wypoczynkowy z C***. Według wspomnianej, sprawdzonej praktyki kontrola ostatecznie wypadła pomyślnie, a wspomniana Gosia zadowolona postawiła nam wódkę u siebie w małżeńskim ich mieszkaniu.
   Jeśli chodzi o warunki pracy, behapowskie i sanitarne, to obchodzono się z pracownikami, zwłaszcza zpd tego skrótu zakładu produkcji doświadczalnej będę w dalszym toku używał i szkoda, że dopiero teraz na to wpadłem, laboratorium chemicznego, warsztatu mechanicznego i branżowego ośrodka obliczeniowego przemysłu skórzanego skrót: boops, jak ze śmierdzącym jajkiem. Więc przede wszystkim poddawani byli okresowym badaniom lekarskim. Poza tym nad bezpieczeństwem i higieną pracy czuwały: państwowa inspekcja pracy skrót: pip z zakładowym inspektorem bhp Edwardem N., któremu, jako słabo piśmiennemu, niekiedy pomagałem napisać plany pracy, a potem sprawozdania z realizacji tych planów, a również dzielnicowa stacja sanitarno-epidemiologiczna skrót: sanepid. Zwierzchniczką Edka była niejaka Wiesława O., która miała siedzibę na ul. Skarbowej 4 przy Zarządzie Okręgowym ZZPPWOiS ten skrót Wiesiu już rozszyfrowałeś. Tam też stacjonowali moi zwierzchnicy związkowi: przewodniczący ZO Tadeusz K., ponoć rodem z okolic Żywca, instruktor Staszek S., gaduła z lekkim zezem, który mnie czasem kontrolował i chwalił, Krysia T., która dzieliła dla C*** korzystnie skierowania sanatoryjne, a korzystnie, bo wcześniej była kasjerką w C***, zaś ja w tym czasie opublikowałem w Gazecie Krakowskiej fraszkę, którą dla porządku zacytuję:
   
   POCHWAŁA FACHOWOŚCI
   
   Fachowość sobie cenię.
   Znam w kasie pewną panią,
   która zbyt dobrze liczy,
   żeby móc liczyć na nią.
   
   No i ta Krysia, niesłusznie uważała, że to o niej, a ja nie wyprowadzałem jej z błędu/ i wreszcie Zdzisek D., otyły grubasek z jajowatą głową, który dosiadywał do emerytury i miał zwyczaj zasypiania na naradach i to za stołem prezydialnym tak głęboko, że raz podobno spadł z krzesła.
   Wracając jednak do warunków pracy. Szczególnie dbano o nie w zpd i warsztacie mechanicznym. Pracownicy tych komórek organizacyjnych mieli należne im według układu zbiorowego ubrania robocze, nauszniki chroniące przed nadmiernym hałasem, które zakładali niechętnie, ku zmartwieniu Edka behapowca i Kazia O. społecznego inspektora pracy, skrót: sip, który równocześnie był członkiem rady zakładowej.
   Były czynne natryski z ciepłą i zimną wodą, aby pracownicy, a zwłaszcza pracownice, które jak wiadomo zawsze bardziej dbają o higieną, mogły się wypucować po pracy. Były szatnie: damska i męska, wadliwie zaprojektowane przez Biuro Projektów Przemysłu Skórzanego skrót: BPPS, bo
   o równej powierzchni, choć było wiadomo, że w C*** będzie pracować więcej kobiet, niż mężczyzn. Kilka lat dziewczyny dopominały się o zwiększenie powierzchni szatni. Szkopuł tkwił w tym, że ściana dzieląca obie szatnie była nośną i nie można jej było przesunąć. W końcu po prostu w szatni męskiej wydzielono dodatkową powierzchnię dla dziewczyn, oddzielając ją ścianką boczną. Był pokój śniadaniowy z małym zapleczem kuchennym, były posiłki regeneracyjne, o czym była już mowa w Epigramiście. Stale były udoskonalone odciągi pyłu, a w związku z wdychaniem przez pracowników zpd wyziewów z klejów, wypłacano im dodatki za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia.
   BPPS popełnił jeszcze jeden błąd. Zaprojektował nad budynkiem produkcyjnym dach tzw. kopertowy, w załamach którego zbierał się zimą śnieg, a w okresie odwilży topniał, zbierała się woda w owych załamach i przeciekała na halę produkcyjną. W związku z tym, podczas którejś z urlopowych przerw produkcyjnych, bo zpd było zamykane na cały letni miesiąc, załoga wypoczywała, zaś w tym czasie pracownicy, którzy nie mieli jeszcze pełnego miesiąca urlopu wykonywali prace porządkowe, w tym czasie wykonano także przeróbkę całego dachu.
   No, pomału już świta. Już nie za długo dojdziemy do wybuchu w C*** bezsensownej Solidarności. Jeszcze tylko w następnym odcinku będzie o pragmatycznym butologizmie dyrektora Kazimierza S. Słowem szczytowym dopasowaniu C*** do końcówki rządów Edwarda Gierka.
   Cdn.
   Wiesiu, popraw w jednym ze znacznie wcześniejszych odcinków datę rozpasanego powstania zakładowego ruchu solidarnościowego z podanego omyłkowo lata 1979 r. na lato 1980 r Ja u siebie naniosłem tę istotną dosyć poprawkę.
   Dyrektor S. podczas całej swojej działalności jako dyrektora C*** nie bardzo przejmował się działalnością naukowo-badawczą kierowanej przez niego Instytucji. Ot, na tyle, aby nie było jakichś skandalicznych wpadek. Owszem, odbywały się kolaudacje tematów, jak i sprzedaże prac badawczych zakładom przemysłu obuwniczego. Była zbierająca się w regulaminowych terminach rada naukowo-badawcza, w której chałturzyli dyrektorzy znaczących przedsiębiorstw przemysłu skórzanego oraz, jak ich z przyjacielem Leszkiem nazywaliśmy: niebieskie ptaki polskiej nauki, zwłaszcza z krakowskiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej, a wśród nich niejaki Ignacy D., zresztą pierwszy dyrektor jeszcze wtedy B***, w okresie jego tworzenia. Większą już wagę S. przywiązywał do stosunkowo dochodowej sprzedaży wzorów obuwia z naszej kolekcji kierunkowej zakładom przemysłu obuwniczego. Tu jeszcze wtrącę, że wzory z kolekcji kierunkowej, której pojedyncze pary leżały w gablotach zakładowej wzorcowni, po pewnym czasie podlegały głębokiej przecenie i sprzedawane były niemal za symboliczną złotówkę pracownikom C*** , jako jeszcze jedna forma świadczenia socjalnego. A jeszcze jedną formą, ale to już nie dla wszystkich, były buty w których zastosowano, jakieś nowe rozwiązanie konstrukcyjne, technologiczne lub materiałowe i które były rozdawane grupie pracowników, tylko co pewien czas odświeżanej do próbnego użytkowania przez pracownię badań użytkowych obuwia.
   Obowiązkiem pracownika, który takie buty otrzymał było zdawanie pisemnych i ustnych sprawozdań o cechach i ewentualnie zauważonych wadach noszonego przez siebie obuwia, zaś po okresie prób, zwykle trzymiesięcznym w nagrodę otrzymywał użytkowane buty za darmo na własność. Muszę się pochwalić, że od pewnego czasu ja również znalazłem się na liście takich użytkowników, aczkolwiek dość późno, ale też o to specjalnie nie zabiegałem.
   Wracając jednak do polityki dyrektora S., to koncentrował się on głównie na krótkoseryjnej
   produkcji obuwia C***, o które o czym już w Epigramiście zahaczyłem, zabijały się wszystkie polskie elegantki z tamtych lat. Wystarczy wspomnieć, że rozpoczęta za kadencji Leona K.
   polityka zaopatrywania Edwarda Gierka, Stasi Gierkowej oraz członków ówczesnego rządu i innych bonzów w buty naszej produkcji, a także wyznaczenie do tego celu wyjątkowo dobrze ułożonego szewca Mariana M., który miał to jako wyłączne zadanie i jeździł do Warszawy, aby brać miarę, a w końcu, żeby przekazać gotowe buty, za S. była kontynuowana.
   Tu muszę wspomnieć o dwóch sprawach. Po pierwsze owi dygnitarze za te buty płacili C*** , pewnie z jakichś funduszy reprezentacyjnych, a po drugie, kiedy w łódzkim Instytucie Przemysłu Skórzanego skrót: IPS narodziła się zaborcza idea wchłonięcia C*** i uczynienia z niego swojej filii, a działo się to jeszcze za rządów K., to nie kto inny, jak tylko Marian sparaliżował zakusy IPS-u i to informując o nich nie samego Gierka, tylko jego szefa ochrony, jakiegoś tam pułkownika.
   S. wiedział, że nasze buty są potężną bronią w czasach narastających trudności rynkowych, w drugiej dekadzie rządów gierkowskich i operował nimi na prawo i lewo. I za te buty, a właściwie za umożliwienie ich zakupu mieliśmy lepiej zaopatrzony kiosko/bufet pracowniczy, prowadzony przez PSS o czym była już też mowa w Epigramiście. Mieliśmy karpie na święta sprzedawane w C***
    przez pracownice sekcji socjalnej przy pomocy Witolda T., robotnika do wszystkiego. Mieliśmy szynki, balerony i boczki z krakowskich Zakładów Mięsnych na Święta Wielkanocne, sprzedawane w godzinach pracy przez nasz kiosko/bufet.
   Następnym pociągnięciem S. było przydzielanie każdemu pracownikowi trzech talonów, uprawniających okaziciela do zakupu naszego obuwia w sklepiku zakładowym. Początkowo tych talonów przydzielano po trzy na rok. Potem ich ilość wprawdzie nie wzrosła, ale przydzielana była na każde półrocze. Pracownicy zaś za te talony zaspokajali sobie z kolei swoje różne potrzeby życiowe, Nawet z przyjacielem Leszkiem żartowaliśmy sobie, że w Peerelu obok biletów NBP, bonów dolarowych i monety obiegowej, jaką było: pół litra, pojawiła się jeszcze czwarta waluta, mianowicie: talony na buty C*** .
   Z czasem C*** zamieniło się właściwie w sklep z obuwiem. Sklepik zakładowy mieścił się początkowo na pierwszym, dyrektorskim piętrze biurowca w zwykłym pokoju, który improwizował sklep. Ponieważ jednak przez to piętro zaczęły się przewalać falangi klientów, w końcu sklepik przemieniony został do sąsiadującego z biurowcem pawilonu BOOPS-u.
   I pomyśleć, że w tak dopasowanym do tamtych czasów Przedsiębiorstwie rozszalała się kompletnie bezsensowna zakładowa Solidarność.
   Do dziś nie bardzo jestem w stanie tego pojąć.
   Ale o tym jak zaczęła grasować po C**, o jej czołowych działaczach oraz o tym, ile nawojowała, zostawiam sobie na deser czyli do następnego odcinka.
   Cdn.
   Zanim wszakże skonsumujemy sobie ten deser, jeszcze wróćmy do czegoś o czym powienienem był napisać w poprzednim odcinku.
   I tak, tam gdzie była mowa o sprzedaży przecenionych wzorów obuwia pracownikom muszę dodać, że wcześniej sprzedawano im również naprawione buty pozostające w C*** po uwzględnionych reklamacjach. Tak się działo dopóki nie ukazało się zrządzenie ministra zdrowia, które zakazywało takiej praktyki, z uwagi na niebezpieczeństwo rozprzestrzeniania się tą drugą chorób skórnych stóp. Od tego momentu buty te palone były pod nadzorem komisyjnym w lokalnej kotłowni c.o. Aby uniemożliwić chytrym i niezdającym sobie sprawy z ryzyka zakażenia stóp pracownikom, którzy nadal polowali na te buty, rozparowywano je i palono. Brałem udział we wspomnianej komisji i byłem bezradny, widząc jak palacze zamiast do paleniska wrzucają część butów danego wzoru poza piec, by później rozparowane obuwie sparować i nadal je użytkować lub sprzedać na tandecie. Warto tu jeszcze nadmienić, że spora część obuwia po reklamacyjnego była prawie w idealnym stanie.
   I jeszcze muszę wspomnieć o działalności kulturalnej oraz sportowej w C***. Jeśli idzie o działalność w zakresie kultury, to po krytyce którejś z komisji kultury rady zakładowej, starą sprawdzoną metodą, największego krytyka zrobiliśmy przewodniczącym tej komisji i sytuacja faktycznie się poprawiła. Wykupił on ze środków finansowych C*** dwie stałe karty wstępu na okaziciela, każda dla dwóch osób, jedną do Teatru im. Modrzejewskiej, a drugą do półzawodowego Teatru Kolejarza przy ul. Bocheńskiej. Ten pierwszy z Teatrów był w tamte lata potęgą artystyczną, zaś drugi, to był z kolei ukłon w stronę pracowników produkcji. Pamiętam, że z ciekawości skorzystaliśmy z Marią z tej karty do Teatru Kolejarza na jakieś sentymentalne sztuczydło Jerzego Zawiejskiego i oglądnęliśmy to półzawodowe wykonanie. Poza tym były rozprowadzane bilety, początkowo darmowo, a później ze zrozumiałych względów częściowo odpłatnie na ciekawsze filmy w kinach, zawsze po wcześniejszym sporządzeniu listy chętnych. Kupowane też były bilety do przyjeżdżającego do Krakowa cyrku, co było ukłonem głównie dla dzieci pracowników i części pracowników produkcji. Pamiętam, że dzięki biletom otrzymanym z C*** , po raz pierwszy z Marią widzieliśmy spektakl Kabaretu Pod Budą, w jego pierwszej siedzibie w piwnicy Domu Studenckiego WSR przy ul. Ziaji i oglądaliśmy młodych: Andrzeja Sikorowskiego i Bogdana Smolenia. Pamiętam też, że osobiście dokonywałem dla pracowników i siebie zakupu tych biletów u samego Smolenia, który z niemowlakiem na ręku prowadził w tymże Domu przedsprzedaż.
   Jeżeli chodzi o działalność sportową, to z inicjatywy wspomnianego już Waldemara W., przedwojennego pilota i miłośnika tenisa, o którym już wcześniej wspomniałem, w zakładowym czynie społecznym, notabene realizowanym częściowo w godzinach pracy, przy C*** został zbudowany obiekt sportowy, składający się z ceglastego kortu ziemnego i boiska do siatkówki o takiej samej nawierzchni, na których pracownicy i członkowie ich rodzin mogli bezpłatnie grywać pożyczonymi rakietami i piłkami, zakupionymi ze środków funduszu socjalnego. Obiekt posiadał też pawilonik, w którym mieściła się mała szatnia, komórka z natryskiem, niestety tylko z zimną wodą oraz komórka na niezbędny sprzęt do konserwacji i obsługi kortu. Od czasu wybudowania kortu byliśmy z Leszkiem zapalonymi tenisistami. Dziś z bólem widzę, że cały obiekt został zlikwidowany. Tak to jeszcze jeden społeczny wysiłek ludzki został w III RP zmarnowany. To boli!
   Wreszcie za sprawą młodego, namiętnego bridżisty powstała w C*** sekcja bridża sportowego, która rozgrywała zarówno turnieje zakładowe, jak i mecze z zaprzyjaźnionymi przedsiębiorstwami. Pamiętam, że w parze ze znanym już Wam Lesławem R., dzięki jego pomyślunkowi wygraliśmy jeden taki turniej. Do dziś, gdzieś w mieszkaniu poniewiera się mój dyplom, upamiętniający ten, powiedzmy, sukces. Pamiętam wreszcie, że w tych turniejach i meczach brały udział: Krysia A., któ
   ra do tego stopnia sympatyzowała ze mną, że po wielu latach, będąc już na rencie inwalidzkiej stałej umówiłem się z nią telefonicznie na kawę do kawiarni, na co ona chętnie się zgodziła, właściwie tylko po to, żeby ją zapytać, czy przed laty by mi dała, co to wiecie rozumiecie ?
   I Krzysia wcale nie zaskoczona pytaniem, szczerze i otwarcie wyznała, że wtedy jeszcze nie ! Ale dziś nie ma nic przeciwko temu... Ponieważ jednak w międzyczasie stała się taką blond nazbyt przychudą znerwicowaną nieco już menopauzą jakoś zgrabnie wybrnąłem z sytuacji, rezygnując nawet na wszelki wypadek z jej propozycji odwiezienia mnie jej samochodem do domu. Narimiast sama pięciominutowa gwiazda srolisralności w C*** czyli K. doprowadziła do meczu wyjazdowego pomiędzy C***, a jej byłym zakładem pracy krakowską Polfą i to w obiekcie wypoczynkowym tej ostatniej w Lanckoronie.
   Acha! I jeszcze zapomniałem wspomnieć, że raz nawet zorganizowano dla pracowników w C***
    zabawę sylwestrową, która wszakże zakończyła się pewnym skandalem towarzyskim.
   Otóż na zabawę przybyło m.in. znane już Wam małżeństwo S.. I kiedy bractwo nieco popiło, Tadek nieopatrznie zaczął się bratać nazbyt blisko z którąś z ponętnych koleżanek. Kiedy zobaczyła to Maryśka vel Kryśka zaczęła tłuc Tadka po łbie damską torebką, następnie wzięła Tadka za halc i pognała do nieodległego domu, tłukąc go po drodze cały czas ową torebką.
   Na własne oczy tego nie widziałem, bo na tej zabawie z Marią nie byliśmy, ale po zabawie zostałem o tym incydencie poinformowany przez wiarygodnych świadków.
   No i w następnym odcinku wreszcie dotrzemy do rozszalałego, do dziś nie wiedzieć czemu, zakładowego ruchu solidarnościowego.
   Cdn.
   Poroniona Solidarność w C*** gruchnęła z siłą wodospadu, gdzieś w lipcu lub sierpniu 1980 r. Oczywiście poprzedziły ją narastające odgłosy zbliżającego się grzmotu. A działo się to wszystko w czasie, kiedy dyrektor Kazimierz S. spokojnie sobie przebywał na urlopie wypoczynkowym we Włoszech. To już zresztą była prawidłowość w C*** . Przed laty, kiedy mnie zastępca dyrektora d.s. administracyjno-handlowych ZPS Jerzy B., zresztą Starozakonny polecił dyrektorowi Leonowi K., zdjąć ze stanowiska kierownika pracowni prognozowania i badań rynku, również akurat byłem na urlopie, ale o tej degradacji poinformowała mnie nieoficjalnie, fatygując się specjalnie aż do Węgrzc, sympatyzująca chyba ze mną stara panna Teofila, zdrobniale Tesia, Suchecka, nie mylić z cipą Hanną Suchocką, wielbicielka kotów. Nawiasem mówiąc żadna krzywda mi się wówczas nie stała, bo byłem w tym czasie już członkiem rady zakładowej, a etatowa sekretarz rady Jaśka K. chciała przenieść się do nowo tworzonej przy ul. Sołtyka dodatkowej szwalni PZS Chełmek, więc na jej sugestię, dyrektor K. przesunął mnie do pełnienia po niej funkcji sekretarza. I tak zaczęła się moja ponad dziesięcioletnia kariera zakładowego działacza związkowego.
   Tymczasem dyrektora S. nikt we Włoszech nie poinformował o nadciągającej burzy w szklance wody.
   A rzecz wyglądała z grubsza tak.
   W tym czasie Leszek Z. był przewodniczącym rady, ja jego zastępcą, przy czym my społecznie pełniliśmy nasze funkcje, a ja jeszcze w tym czasie równocześnie pracowałem zawodowo pod kierownictwem K., w pracowni organizacji produkcji, zaś Leszek był kierownikiem jednej z pracowni w zakładzie wzornictwa. Etatowym sekretarzem rady była Roma M., zresztą żona jednego z zastępców dyrektora sąsiadujących i zaprzyjaźnionych z C*** Krakowskich Fabryk Mebli.
   Nadciągająca burza zaczęła się od niebywałego i rozhisteryzowanego ożywienia grup związkowych naszego zakładowego ZZPPWO i S, o czym donosili nam mężowie zaufania tych grup. W związku z tym wydaliśmy polecenie, aby organizowali zebrania swoich grup i zebrali wnioski oraz postulaty swoich członków, a my to pozbieramy do kupy i po powrocie przedstawimy dyrektorowi Stance do zastanowienia się i ewentualnego wykonania. Nie doceniliśmy jednak naszej załogi. Bowiem mężowie zaufania doręczyli nam kilka setek owych wniosków oraz postulatów i to o wiele idiotyczniejszych oraz mniej możliwych do wdrożenia od owych kilkunastu postulatów przedstawionych władzom centralnym przez krajową Solidarność.
   
   Cdn.
   Jeszcze tytułem uzupełnienia krótki wykaz drobnych, ale korzyści pracowniczych, w czasach tego okrutnego gierkowskiego Peerelu w C***.
   Cały rok w budynku produkcyjnym stał ogólnie dostępny ogromny termos z kurkiem, napełniony gorącą osłodzoną herbatą, a w dni upalne pracownicy w tym budynku otrzymywali dodatkowo wodę mineralną z sokiem wielowitaminowym o nazwie: Herbawit. Z kolei pracownicy biurowca i BOOPS otrzymywali, choć niekiedy z opóźnieniem, paczki trudno dostępnej herbaty o nazwie: Yunan, ale za to w takiej ilości opakowań, że część wynosili do domów.
   Pracownicy w budynku produkcyjnym dostawali mydło i środki czyszczące większe zabrudzenia również w takich ilościach, że część wynosili do domów. Podobnie było w biurowcu w przypadku samego tylko mydła toaletowego. Również w przypadku otrzymywanych ręczników frotte, okresy ich normatywnego zużycia były tak krótkie, że pracownicy jeden sobie zostawiali w pracy, a następne wynosili do domów. Sam jeszcze parę lat temu miałem w domu kilka takich ręczników.
   Pracownicy, którym przysługiwała odzież robocza, oddawali ją po jej zabrudzeniu do działu administracyjno-gospodarczego, skąd wędrowała do pralni, a w zamian otrzymywali odzież czystą. W późniejszym okresie sami sobie prali swoją odzież roboczą, ale za to dostawali takie ilości środków piorących, że mogli ich wcale nie kupować na potrzeby domowe .
   To już wszystko o czym sobie przypomniałem.
   
   A teraz będzie garść wspomnień o Henryku Kaźmierczaku,o którego już wcześniej zahaczyłem. Pokój rady zakładowej sąsiadował przez ścianę z jego gabinetem, kiedy już pełnił funkcję zastępcy dyrektora d.s. ekonomicznych, więc w wolnych chwilach, których mieliśmy co nieco, odwiedzaliśmy się nawzajem. On tego co nieco miał sporo, bo jak mi zdradził miał następującą metodę dyrektorowania. Z samego rana przeglądał dokładnie przyniesioną z sekretariatu pocztę, dekretował ją na poszczególnych podległych pracowników według ich kompetencji, z poleceniem załatwienia danej sprawy i z poinstruowaniem, jak powinna owa sprawa być załatwiona, po czym dopiero po określonym w zadekretowaniu czasie kontrolował czy faktycznie i jak została ona załatwiona. Henryk, bo chyba byliśmy na: ty, nie miał zbyt dobrego zdania o Chełmkowiczach, którzy charakteryzowali się zresztą swoistym językiem i donośnymi głosami. Zwracali się do siebie zawsze w mianowniku: nie: panie dyrektorze czy kierowniku, tylko: pan dyrektor czy kierownik. Nie jeździli też: do Chełmka, tylko: ku Chemku. Wreszcie zamiast: obcasy, mówili: „obczasy”. W tej ostatniej sprawie Henryk wytłumaczył mi kiedyś, że dlatego mówią obczasy, zamiast obcasy, bo za to zamiast: dupczyć, mówią: dupcyć i w efekcie wszystko się wyrównuje.
   Zdradził mi jeszcze swoją metodę działania, kiedy był wcześniej kierownikiem zakładu wzornictwa. Miał w zakładzie wyjątkowo ciekawskiego projektanta Józka R..
   Otóż, gdy Henryk otrzymał jakieś pismo urzędowe, zlecające któremuś z podwładnych według kompetencji, jakiś nagły wyjazd lub coś podobnie niewygodnego, medytował długo nad tym pismem tak długo, aż Jozek to zobaczył, po czym wychodził z pokoju, zostawiając pismo w uchylonej szufladzie i będąc pewny, co się po jego wyjściu stanie. I kiedy wracał, faktycznie, treść pisma została już przekazana przez Józka pracownikowi, którego rzecz dotyczyła. Pracownik ten miał więc czas z tą niewygodną sprawą już się oswoić i nie reagował dramatycznie, gdy od Henryka otrzymywał konkretne polecenie.
   Kiedy po degradacji ze stanowiska dyrektora C*** Leona K., przegrał rywalizację o ten fotel z Kazimierzem S., kiedy ten ostatni ściągnął dziwaczny egzemplarz z Chełmka czyli Jana Poznąńskiego, polecając mu nadzór nad pracami badawczymi prowadzonymi w CLPO, nasz Henryk postanowił się rozstać z Celapo, zresztą wyjeżdżając na jakąś polską eksportową budowę do NRD.
   Zanim to jednak nastąpiło pożegnał w swoim gabinecie w obecności Kazimierza Stanko kilka zaprzyjaźnionych osób, dokonując ich oceny pod kątem przydatności dla CLPO. Pamiętam żartobliwą ocenę mojej osoby, która to ocena tak wyglądała:
   Jacek, to leń! Ale zdolny leń. I dlatego warto go trzymać w odwodzie, bo nigdy nie wiadomo do czego może się jeszcze przydać.
   Według zaś mojej oceny, którą dokonuję dopiero teraz dla potrzeb tych wspomnień, Henryk był najinteligentniejszym z wszystkich dyrektorów w C***, trochę pozer, trochę snob, ale w sumie sympatyczny, bo potrafił nawet tańczyć w skarpetkach na jakiejś prywatce u Jolki B.-M., żeby jej nie zapaskudzić butami perskiego dywanu.
   Na pohybel solisralnym gołębiom wczoraj i dziś...
   Jacek placek

ODPOWIEDZ



Wydawca portalu HOTNEWS.pl nie ponosi odpowiedzialnoci za treci  zamieszczane przez uytkownikw teje strony. Osoby zamieszczajce wypowiedzi naruszajce prawo lub prawem chronione dobra osb trzecich mog ponie z tego tytuu odpowiedzialno karn lub cywiln.



Nieprzerwanie od 2004 roku!

PARTNERZY:
Stanisaw Michalkiewicz
Nasze kanay RSS:
gwny
O NAS:
REKLAMA:
zobacz ofert